Poza
literaturą, do utrwalania legendy na temat Bazaru Różyckiego
przyczyniają się obecnie różnego rodzaju projekty internetowe.
Wśród nich na plan pierwszy wysuwa się „polifoniczna powieść
reportażowa” opracowywana przez Laboratorium
Reportażu Instytutu Dziennikarstwa. Według
pomysłodawców: „podstawowym materiałem do takiej powieści są
wywiady z bohaterami i świadkami wydarzeń zebrane przez uczestników
projektu bądź istniejące wcześniej w różnego typu archiwach”.
Z takich relacji - opartych czasem na osobistych obserwacjach lub
doświadczeniach rozmówców, a czasem na anegdotach zasłyszanych od
innych - wyłania się Różyc nie tylko jako miejsce, gdzie „kupić
można było wszystko”, ale także jako przestrzeń o
niepowtarzalnym klimacie, zaludniona niegdyś przez charakterystyczne
postacie.
Pierwsza
kategoria opowieści wydobyta z tak rozumianej „pamięci zbiorowej”
przedstawia obraz miejsca, którego władza nie była w stanie do
końca ogarnąć i oswoić, w którym – niemalże jak w klasycznym
filmie noir –
pojawiali się bohaterowie niejednoznaczni – zaangażowani w
aktywność kryminalną, której jednakże towarzyszył niepisany
kodeks moralny: „Na Różycu bywały chłopy równe jak rzadko,
niecykoryjne i z
salonowym kodeksem karnym oblatane”.
Jeden z nich
to z pewnością Wincenty Andruszkiewicz – były marynarz i
właściciel najbardziej „szemranej” knajpy na Brzeskiej. Jeszcze
na zlecenie organizacji podziemnej skupował broń od niemieckich
żołnierzy. Miał renomę wielkiego warszawskiego cwaniaka; był
cinkciarzem i cenionym gastronomem. „W pewnym momencie dostał od
władzy ludowej ultimatum – albo zostanie kapusiem, albo będzie
musiał zamknąć knajpę. No i zamknął knajpę…” Inna postać
to Kulas – „kuśtykający, nieformalny król bazaru”. Według
doniesień, sposób jego pracy był trudno uchwytny – „właściwie
tylko spacerował cały dzień po bazarze, a potem wieczorem przy
knajpianym stoliku (U Marynarza
na Brzeskiej lub w Oazie
na Targowej) zawierał jakieś transakcje. Miał reputację
najlepszego odbiorcy lewego towaru – solidny i wypłacalny, często
karał nieuczciwych kontrahentów”.
Nawet
bazarowi kieszonkowcy nie byli do końca źli (a przynajmniej taki
ich obraz przenoszony jest do „zbiorowej pamięci”), o czym
możemy przekonać się po przeczytaniu (i wysłuchaniu) jednej z
anegdot zamieszczonych na stronie Praga Gada:
Znajoma
pielęgniarka, która pracowała na Białołęce, w tym zakładzie
karnym i... zmieniła pracę, przeszła do innego... No i poszła na
Bazar Różyckiego, po wypłacie, bo chciała sobie coś eleganckiego
kupić, no i ją wzięli i okradli! I tak chodzi taka smutna po tym
bazarze i kłania jej się jakiś dżentelmen i ona w pamięci
uzmysławia sobie, że on kiedyś osadzony był na Białołęce. I mu
mówi: "Panie … ukradli mi z torebki całą pensję, chciałam
sobie kupić to, tamto, siamto..." - "Ja bardzo panią
przepraszam, pani tu postoi". Nie minęło 10-15 minut, facet
przychodzi :"Ja bardzo panią przepraszam, bardzo panią
przepraszam – tu wszystko jest, co pani miała" Ona liczy a
tam jest dwa razy więcej! "Proszę pani –mówi- więcej się
to... To przyjezdni! To żaden od nas!".
Jest też
inna kategoria opowieści, w których bazar wspominany jest jako
miejsce, gdzie panowała atmosfera zabawy i pewnej niezwykłości:
„mogłaś kupić tam wszystko, dokładnie wszystko… i zagrać i
pobawić się. Chodziła orkiestra, grali i śpiewali”. Na tym
jednak nie koniec… Na bazarze można było zobaczyć również
nieco bardziej zaskakujące rzeczy, czego dowodem jest następująca
relacja (pana Jerzego, rocznik 1932):
Ale jest
jedna rzecz, którą aż, aż… krępuję się mówić, bo to jest
nie do wiary! Otóż, tam facet miał taką skrzynię, dwa i pół
metra chyba długą, z metr szeroką, obitą blachą, dobrze
ocieploną i on czasami mówił: „No to pokrzycz tam!”. To
krzyczało się: „Do krokodyla! Do krokodyla!” i on, jak zebrało
się przy tej skrzyni tak z dziesięciu, to otwierał tą skrzynię:
„No rusz się!”, para buchała i tam gębę rozdziawiał…
nieduży, ale taki krokodylek! On go widocznie, jak ZOO likwidowali…
On: „No pokaż się!”, dawał mu coś do jedzenia, ten gębę
rozdziawiał… a on mówił „No patrzcie, jakie zęby ma…” i
zamykał skrzynię i koniec... I on ją tam potem na zimę gdzieś
zawoził, bo za zimno widocznie krokodylowi było, a potem zniknął.
No nie wiem co się z nim stało.
Jeżeli
powyższa opowieść jest prawdziwa, to trzeba przyznać, że niegdyś
na Bazarze Różyckiego było naprawdę wszystko…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze są moderowane pod kątem spamu i kultury treści oraz przekazu. Pozdrawiam, Admin.