Pyzy z Bazaru Różyckiego
Jedzenie to element kultury. Nie w rozumieniu wysokim. W rozumieniu normalnym. Normalnym, czyli najcenniejszym. Pyzy z Bazaru Różyckiego to zjawisko szczególne. Nie ma nikogo, kto wie cokolwiek o tym Bazarze, a nie wiedziałby o tych pyzach.
Sprzedawała je od niepamiętnych czasów pewna pani. Własnoręcznie robione, gotowane i przynoszone w wielkiej torbie, w słoikach. Pani ta miała przyjaciółkę – przyjaciółka sprzedawała flaki. Tak samo, w słoikach. Nie stanowiły dla siebie konkurencji, podzieliły się rynkiem w przykładnej zgodzie. Były symbolem Bazaru. Symbolem pokojowego współistnienia zwykłych ludzi, którzy nie muszą ze sobą wojować, żeby zarobić na chleb. Były też symbolem wolności, szarostrefowej niezależności, charakterystycznej dla Bazaru. A zarazem symbolem solidności w robocie. Nie trzeba chyba wyjaśniać, że cały ten handel pyzami i flakami znajdował się ze wszech miar poza obszarem kontroli Sanepidu, czy w ogóle kogokolwiek. Mimo to nikt nigdy nie doznał zatrucia pokarmowego. To pokazuje jak żałośnie zbędne są państwowe służby tam, gdzie działa zwykła ludzka staranność i zdrowy rozsądek. Cały Bazar jest symbolem takiego właśnie podejścia. Dlatego ginie, miażdżony coraz cięższym walcem przymusu państwowego, wbijającym w ziemię wszelką przedsiębiorczość ludzi wolnych, niepowiązanych z władzą formalnymi układami.
Jadałem te pyzy jako dziecko, z tatą, w tajemnicy przed mamą, preferującą „zdrowsze” jedzenie. Tata uważał – słusznie – że są wystarczająco zdrowe, a przy tym „najwarszawściejsze”. Kiedy potem, już jako dorosły, pojechałem na Bazar na pyzy, popełniłem błąd – byłem w garniturze, stroju budzącym nieufność. Przyjęto mnie chłodno, na szczęście pyzy były gorące, a ja nie zadawałem głupich pytań o paragon fiskalny.
Niedawno zostałem studentem szkoły na Kijowskiej. Idąc na pierwsze zajęcia zboczyłem nieco z drogi, magnetycznie ciągnięty historią. Poszedłem na Pyzy. Nie ma już obu pań, ani tej od flaków, ani tej od pyzów. Z delikatnego wywiadu, który przeprowadziłem – niestety musiał być delikatny, bo znów, po frajersku, miałem na sobie garnitur – dowiedziałem się, że jedna odeszła na emeryturę, druga zaś do lepszego świata. Poczułem się okradziony z czegoś bardzo cennego.
Ale pyzy są. I flaki. Takie same, tak samo w słoikach, z wetkniętą w nie łyżką. Tradycja została przejęta przez całkiem legalną knajpę na Brzeskiej, tuż przy wyjściu z Bazaru. Hegel byłby zachwycony czystością tej dialektyki. Mamy tu zarówno ciągłość, jak i zmianę. Jest po nowemu i po staremu zarazem.
Podniosło mnie to na duchu. Żyjemy w nowym świecie, ale ciągle żyjemy. Jeszcze pyzy nie zginęły.
Tomasz Strugalski




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze są moderowane pod kątem spamu i kultury treści oraz przekazu. Pozdrawiam, Admin.