Jeśli
jest jakieś miejsca w Warszawie, które nieodłącznie kojarzy się
z tradycyjnym bazarowym klimatem, na pewno jest to Bazar Różyckiego.
Liczący sobie ponad 100 lat symbol warszawskiej Pragi od zawsze
stanowił miejsce z odrębną mentalnością, językiem i stylistyką.
Pod
prąd – bazary nie ulegają współczesnym trendom. Prędzej znikną
niż bazarowi handlarze popłyną z nurtem indywidualizmu. Co z ideą
współpracy, działania w imię dobra ogółu? Przecież dominujący
we współczesnym handlu indywidualizm wiąże się z nastawieniem na
realizację własnych celów, które nie muszą być zgodne z celami
grupy. No, a jak to tak nie polecić pysznych warzyw z kramiku obok
Pani Teresce, która od lat przychodzi na bazar? Niestety idea
kolektywizmu, czyli współpracy, odpowiedzialności grupowej, a
nawet pewnej zależności emocjonalnej powoli gaśnie, a wraz z nią
miejsca takie jak Bazar Różyckiego.
Miejsca
z duszą. Gdzie tam Bazarowi do współczesnych supermarketów czy
nawet sklepów osiedlowych, do których wbiegamy po pracy i równie
szybko z nich wybiegamy. I nie chodzi nawet o to, że, jak mówią
niektórzy, można tam było „kupić ojca i matkę”. Nie; wydaje
się, że najistotniejszym elementem Bazaru była interakcja z drugą
osobą. Dla mieszkańców Pragi bazarowi handlarze byli dobrymi
znajomymi, z którymi przy okazji zwykłych, wydawałoby się,
zakupów, można było porozmawiać o wszystkim. Potargować się,
owszem. Powykłócać, też. Ale w międzyczasie i przepis na lepszy
rosół się dostało, i wskazówki, jak uszyć sukienkę, i kilka
porad, co z niegrzecznym synem zrobić, żeby zaczął się uczyć.
Znało się imiona straganiarzy, często ich życiowe historie i
rodziny, samemu też opowiadało się o sobie.
Bazar
Różyckiego nigdy nie był miejscem zarezerwowanym tylko dla handlu
(choć niewątpliwie kolebką tego handlu można go nazwać). Był za
to miejscem żywym, prawie organizmem, którego mieszkańcy – bo
nie byli to tylko pracownicy – stanowili nieusuwalny element
warszawskiego folkloru. Tak jak trafiał na ekrany kin czy na karty
książek, tak zapisał się też „prawdziwym Warszawiakom” w
pamięci jako miejsce, do którego chętnie wracają w opowieściach
i anegdotkach, by przywołać sylwetkę któregoś straganiarza z
jego zabawnymi powiedzonkami.
Pytanie:
co dalej? Czy rzeczywiście żyjemy w czasach tak szybkich i
odzierających nas z chęci przebywania z drugą osobą, że zawsze
będziemy wybierać sterylne wnętrza chłodnym supermarketów?
Wydaje
się, że niekoniecznie. Od dłuższego czasu, z różną
częstotliwością, pojawiają się projekty, jak Bazar Różyckiego
przystosować do nowych warunków rynkowych, nie tracąc jednocześnie
jego ducha. Ostatni taki pomysł należy do architektki Aleksandry
Wasilkowskiej (współautorki inicjatywy PROTOBAZAR), która
zaproponowała projekt przebudowy tego miejsca. Według jej wizji,
mieszkańcy Pragi i Warszawy mieliby między innymi okazję
przesiadywać w kawiarenkach i pawilonach dobudowanych nad
dotychczasowo funkcjonującym terenem Bazaru. Sam teren jednak – na
co bardzo nalegali kupcy! – ma zostać odnowiony, ale nie
zmieniony: stragany, alejki, brama, wszystko ma nawiązywać do
swojego pierwotnego wyglądu.
Jak
widać, nawet poszukując nowych rozwiązań, w przypadku Bazaru
Różyckiego podświadomie czujemy, że nie możemy w jego historię
„wejść z butami”. Raczej lepszym rozwiązaniem będzie
czerpanie z niej, niż odcinanie się od niej. Kto wie, może
podświadomie chcielibyśmy jednak zajrzeć na stragan tej samej od
lat pani i wypytać, co tam u niej nowego – bo na pewno coś do
opowiedzenia by miała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze są moderowane pod kątem spamu i kultury treści oraz przekazu. Pozdrawiam, Admin.